Wchodzimy w starość bez geriatrów

Aby pracować do 67. roku życia, trzeba mieć kondycję i zdrowie. A w Polsce dramatycznie brakuje lekarzy zajmujących się osobami w podeszłym wieku. Minister zdrowia, choć obiecał poprawę sytuacji, nic nie robi - donosi Gazeta Prawna.
Zwiększenie liczby geriatrów będzie priorytetem. Tak przynajmniej zapowiadał Bartosz Arłukowicz podczas pierwszego wystąpienia w roli ministra zdrowia. Powtórzył to także, kiedy zapowiadał rychłe ogłoszenie listy miejsc rezydenckich dla lekarzy (czyli specjalizacji finansowanej przez państwo).
Sęk w tym, że na liście nie znalazła się ani jedna propozycja dla przyszłych geriatrów. Dlaczego? Bo na tę specjalizację nie ma chętnych. Nie ma, bo tak wykształceni lekarze nie mają szans na znalezienie pracy. Brak klinik geriatrycznych to zaś efekt niechęci dyrektorów szpitali do ich otwierania. Niechęć ta wynika z kolei z bardzo niskiej wyceny przez Narodowy Fundusz Zdrowia opieki geriatrycznej. - I tu koło się zamyka - mówi prof. Barbara Bień, konsultant wojewódzki z dziedziny geriatrii.
Niby wycena NFZ jest taka sama jak na innych oddziałach. Jednak kiedy do szpitala na neurologię trafia pacjent po urazie z otępieniem, szpital otrzymuje refundację za leczenie stricte neurologiczne. A na geriatrii automatycznie przeprowadza się szeroko zakrojoną diagnostykę: m.in. pod kątem cukrzycy, układu krążenia, a także konsultacji psychologicznej. To ogromne koszty, za które nie ma zwrotu pieniędzy.
Jak twierdzą geriatrzy, pomocą byłoby zwiększenie wyceny z NFZ. Dzięki temu coś by się ruszyło - w szpitalach pojawiłyby się oddziały, to zaś wywołałoby popyt na tę specjalizację. I choć od stycznia (zgodnie z rozporządzeniem minister Ewy Kopacz) zwiększono przy ogólnym przeglądzie geriatrycznym (można go zrobić raz w roku, jeśli pacjent po 65. roku życia trafi do szpitala) wycenę z 50 do 150 zł, to zdaniem lekarzy jest to kropla w morzu. Za ich apelem także stoją argumenty ekonomiczne: brak geriatrów to wbrew pozorom większe koszty dla państwa. Z wyliczeń prof. Derejczyka i prof. Bień wynika, że wydatki na jednego pacjenta, który leczył się na oddziale chorób wewnętrznych (a tam najczęściej trafiają pacjenci geriatryczni), są o 1740 zł większe niż w przypadku, gdyby się leczył na oddziale geriatrycznym.
Dzięki elektronicznej karcie na Śląsku śledzono przez rok poczynania 4 tys. pacjentów powyżej 65. roku życia. Analizowano liczbę zgonów, wizyt u specjalistów, a także zakup leków: wynik był jednoznaczny - na 2 tys. pacjentów, którzy nie byli leczeni przez geriatrów, państwo wydało o 4 mln zł więcej niż na tę drugą grupę 2 tys. osób, które znajdowały się pod kontrolą specjalistów. - W geriatrii opieka jest kompleksowa, łatwiej ustawić pacjenta, tak by nie musiał znów trafiać do lekarza - tłumaczy prof. Barbara Bień. Kiedy pacjent trafia do niej, prosi go, by wyłożył na stół wszystkie lekarstwa, które zażywa. Niejednokrotnie to kilkadziesiąt różnych specyfików. - Wiele z nich się dubluje, bo każdy specjalista przepisuje podobny lek - mówi prof. Bień.
ednak NFZ wycen za leczenie geriatryczne nie chce podnieść. W efekcie w wielu regionach nie ma żadnego dostępu do takiego specjalisty. - Od lat składałam prośby do urzędu wojewódzkiego, do prezydenta miasta, żeby utworzyć placówkę geriatryczną w Lublinie. Bezskutecznie - mówi Maria Laskowska-Szcześniak, konsultant wojewódzki z geriatrii.
Według prognoz demograficznych GUS za dwadzieścia lat niemal co czwarty Polak przekroczy 65. rok życia. A niemal połowa spośród nich będzie żyła dłużej niż 75 lat. W związku z tym rząd planuje wydłużenie wieku emerytalnego, ale nic nie robi, by zorganizować opiekę medyczną nad seniorami.
Czas oczekiwania na miejsce w szpitalu geriatrycznym wynosi obecnie trzy miesiące. A w całym kraju mamy 100 czynnych lekarzy tej specjalności.